Witajcie,
Uwielbiam horrory. Wiedzą o tym wszyscy Ci, którzy mają ze mną kontakt. To, że wiem o nich prawie wszystko też wiedzą. Przyszedł w końcu czas, w którym podsumuję moje doświadczenia związane z kinem grozy i w tym odcinku przedstawię Wam ranking 10 moich ulubionych horrorów, jakie dane mi było obejrzeć. Bez niepotrzebnego przedłużania, zaczynamy!
PS. Ranking nie jest tworzony w żadnej kolejności, możliwe, że kiedyś taki zrobię, ale dzisiaj nie :) Enjoy!
1.Ju-On:Klątwa
Ta seria (mowa tu o obu częściach JAPOŃSKICH) ma wszystko co potrzeba, żeby przestraszyć widza. Mało tego, ma wszystko żeby go śmiertelnie przerazić. Fantastyczny klimat tych produkcji połączony z nadzwyczaj dobrze skręconą fabułą pozostawia dreszcze jeszcze przez długi czas po zakończonym seansie. Pamiętam, gdy oglądałem drugą część filmu. Po seansie panicznie bałem się zostawiać za sobą zgaszone światło. To jest dla mnie wyznacznik dobrego horroru (miałem kiedyś tak, gdy obejrzałem "Szczęki", ale to było jak miałem jakieś 7 lat). Takashi Shimizu wykonał kawał dobrej roboty (nie jest to zresztą żółtodziób, nakręcił parę innych świetnych filmów grozy) i będę cenił tego reżysera bardzo długo.
No i przede wszystkim odgłos, jaki wydawała z siebie ta zjawa naprawdę przyprawia o dreszcze :)
Masakra
2.Piątek Trzynastego (cała seria), Halloween
Slashery, czyli nurt horroru królujący w kinach od lat 70., a szczególnie te z tzw. cichymi mordercami (czyli takimi, którzy nic nie mówią... 'bo po czynach ich poznacie, nie po słowach' ;p ), zawsze były bliskie widzowi, który np. po trudnym dniu w pracy/szkole chciał się po prostu "odmóżdżyć". Lub takiemu, który chciał na imprezie puścić jakiś film, który pasowałby pod atmosferę młodzieżowej imprezy z hałaśliwymi znajomymi :) Tak, slashery to z pewnością nie produkcje dla koneserów. Bo co wartościowego można wynieść z filmu, którego fabuła jest płytsza niż scenariusze filmów dla dorosłych, a schemat powielany jest do znudzenia? Trzeba widza zainteresować czymś innym. W czasach, gdy slashery wchodziły do kin, postanowiono straszyć inaczej, mianowicie postacią mordercy i nachalnym jump-scenami (jump-scena to takie ujęcia, które działa na tej samej zasadzie, co proste przestraszenie kogoś stojącego plecami do Ciebie, czytelniku. Krzyczysz "bu!" i osoba skacze ze strachu. Na tym to polega). I właśnie Ci legendarni kinowi mordercy, tacy jak Jason Voorhees czy Michael Myers, stali się ikonami tego podgatunku. Nie da się ukryć, że gdyby nie oni, to slashery wyginęłyby dawno temu. Gdybym miał zestawić obu zabijaków, to zdecydowanym zwycięscą byłby Jason Voorhees. Ma po prostu to coś.. nie wiem, może to fakt, że praktycznie nie da się go zabić (powracał to życia 12 razy, Dżizus może mu maczetę polerować), może to ta maska, może historia jego "powstania", nie wiem.. Ale jest on po prostu 'fajniejszy'
Tak czy inaczej "Piątek Trzynastego" i "Halloween" to horrory, które zawsze przyjemnie się ogląda, najlepiej w towarzystwie :)
3. Koszmar z Ulicy Wiązów, Laleczka Chucky
Tak jak w poprzednim punkcie listy, tu znajdą się dwa filmy o podobnych mordercach. Są to slashery, jak poprzednio, lecz teraz zmienili się mordercy. Z cichych i wyrachowanych stali się gadatliwi, złośliwi i obdarzeni świetnym poczuciem humoru (notka od autora: to właśnie nazywamy groteską, gdy patrząc na scenę mordu jednocześnie nie możemy powstrzymać się od śmiechu). Fred Krueger i Chucky to postaci, dzięki którym slashery zyskały na świeżości i stały się jeszcze bardziej otwarte na "imprezową publiczność". Koneserzy i malkontenci nie znajdą tu pożywki intelektualnej, ale ja się cholernie dobrze bawiłem oglądając "Koszmar z Ulicy Wiązów" (oprócz najnowszego.. litości) i "Laleczkę Chucky".
4.Martwe zło - trylogia
Kto nie zna tego arcydzieła kina klasy B, nie może się obwoływać znawcą kina grozy. W skrócie: dużo krwi, groteski i tony dobrej zabawy z Nekronomikonem w tle. Nie można tego przegapić, zwłaszcza rewelacyjnej kreacji Bruce'a Campbell'a :)
5. Blair Witch Project
Rewelacja, fenomen, legenda. Te słowa to i tak za mało, żeby określić doskonałość tego filmu. Atmosfera tak gęsta, że można ją kroić nożem i genialnie opowiedziana historia. Do tego strach, który towarzyszy nam aż do końca seansu. Jeszcze unikalny styl kręcenia filmu (tak zwane POV - Point of View), który potęguje wrażenia i oto dostaliśmy film, który z budżetem 60 tys. dolarów zdołał zarobić blisko 250 MILIONÓW zielonych. Cudo
6. American Psycho
Nieważne, co mówią 'krytycy'. Ja uważam, że w tym filmie Christian Bale osiągnął mistrzostwo aktorskie. Z pozoru spokojny i zrównoważony wiceprezes banku tak naprawdę jest maniakalnym mordercą działającym z nienawiści do świata go otaczającego. Absolutna perełka kina grozy, film jedyny w swoim rodzaju. Sama obserwacja przemiany, jaką codziennie przechodzi główny bohater filmu jest nader fascynująca, a przyjemność oglądania Christiana Bale'a w tej roli jest ogromna. Poleceam!
7.Wywiad z wampirem
Absolutny klasyk gatunku. Historia wampira, jego opowieść o miłości, zdradzie, samotności i brzemieniu, z jakim borykają się te istoty jest piękna i ujmująca. Do tego obsada (Brad Pitt, Tom Cruise, Cristian Slater czy Kirsten Dunst, Antonio Banderas), której nikt by nie odmówił wykonała fantastyczną robotę w kreowaniu postaci w gruncie rzeczy tragicznych. Idealnie ukazany wizerunek wampira, nieśmiertelnej lecz samotnej istoty.
8. Ringu
Tak, moi drodzy, mamy do czynienia z klasyczną azjatycką ghost story. Chociaż w ciągu dziesięciolecia motyw ten został wykorzystany do absolutnego maksimum, to wtedy był to świeży pomysł na przestraszenie widza. Dodajmy do tego nowoczesne technologie połączone z historią zemsty zza grobu i mamy gotowy horror. Hideo Nakata zrealizował ten koncept wspaniale, do dziś "Ringu" uważane jest za prekursora współczesnych ghost story i nie bez kozery nazywany jednym z najlepszych horrorów ostatnich lat. Historia Sadako, która została zabita przez własną matkę, a teraz powraca zza grobu, żeby dokonać zemsty nie jest wprawdzie pierwszą tego typu, ale to właśnie w tym filmie wykorzystano motyw technologiczny. I Brawa za to...
PS. Komentarz pod tym wideo
Phone rings
Chuck Norris picks up phone: Hi Samara, you're going to die 7 days.
Samara: Wait, what?
Chuck Norris hangs up
9.Lśnienie
Kwintesencja filmu grozy. Pisarz w poszukiwaniu inspiracji wprowadza się z rodziną do opuszczonego hotelu na 'końcu świata'. Jego syn posiada dar zwany lśnieniem, z pomocą którego ma wizje tragicznej przeszłości hotelu. Z czasem atmosfera tego miejsca zaczyna go przytłaczać i zaczyna popadać w obłęd, który osiąga apogeum w chwili gdy twórca pragnie niczego więcej niż mordu na swojej rodzinie. Jack Nicholson w roli maniaka stworzył jedną z najbardziej legendarnych postaci w historii kina. Nie ma wątpliwości, że w kategorii "mindfuck" film zdobyłby wszystkie możliwe nagrody. Psychodeliczna podróż w głąb szaleństwa połączona z geniuszem Stanleya Kubrick'a (fakt, że facet przez współpracowników był uważany za genialnego szaleńca w niczym mu nie przeszkodził... scena z windą była powtarzana 3 razy, a kręcono ją aż 9 dni) stworzyła mieszankę wybuchową. Film wybitny!
10. Milczenie owiec
Ostatnią pozycją na tej liście jest film, który z każdym obejrzeniem nabiera wartości. Bezwzględnie GENIALNY Anthony Hopkins stworzył mój ideał czarnego charakteru. Piekielnie inteligentny, niemal czytający w myślach, elokwentny, ale jednocześnie morderca-kanibal. Nikt nie mógłby lepiej zagrać Hannibala Lectera niż Sir Anthony Hopkins. Irytuje mnie wprawdzie akcent Jodie Foster, ale nie przeszkadza to w delektowaniu się ucztą, jaką serwuje nam Hopkins. Nie ma co więcej opowiadać, kto nie oglądał, niech żałuje, bo naprawdę warto..
Wiem, zabrakło tu z pewnością kilku pozycji, które przysłużyły się kinu grozy na przestrzeni lat. Nie uwzględniłem tych klasycznych, czarno-białych horrorów z tego powodu, że nikt ich w zasadzie już nie ogląda. Nie nosą one ze sobą strachu, a dla wartości historycznych nikt oprócz fanów gatunku nie będzie ich oglądał, więc żadna osoba czytająca tą notkę nie będzie wiedziała o co chodzi. Tego chciałem uniknąć, więc zapisałem tu pozycje będące ikonami horroru. Uniknąłem tu także gore, ponieważ są to filmy specyficzne i wymagają wiele cierpliwości i mocnego żołądka :) Niedługo powinna się tu pojawić krótka historia horroru jak i krótka encyklopedia kina grozy.
Adios!
Kącik muzyczny to dziś Disturbed - Ten Thousand Fists
piątek, 17 czerwca 2011
wtorek, 24 maja 2011
O maturze słów kilka, czyli wspomnień czar
Witajcie!
Dzisiaj miałem dylemat. Napisać jakiś ambitniejszy tekst i sprawdzić, czy nadal mam coś do powiedzenia czy też może walnąć sobie jakiś fajny, miły i przyjemny tekścik wspomnieniowy. Wybrałem to drugie, ponieważ na filozoficzne rozmyślania przyjdzie jeszcze czas (np. jutro), a poza tym muszę się zastanowić, czy pisząc tekst nie obrażę jakiejś tam głowy czy główki państwa. Cholera dzisiaj wie: dzisiaj tekścik, jutro ABW jak to mawiają mądrzy ludzie.
Wspomnieniowy tekścik dotyczyć ma moich przeżyć związanych z maturą. W większości moich, bo po pierwsze nie umiem czytać ludziom w głowach, a po drugie każdy inaczej przeżywał egzaminy, chociaż wielu z Was znajdzie tu punkt odniesienia do swojej osoby.
Nie będę tu poruszał tematu studniówki, bo kto był ten wie jak było, a kto nie był niech żałuje. Poza tym krótka relacja mojego autorstwa znajduje się gdzieś na www.zse.toya.net.pl. Zaczynamy!
3 maja - huragan
Swoją opowieść zaczynam dzień przed maturą z polskiego, a więc trzeciego maja. Uczucia tragiczne, w zasadzie nie mogłem się na niczym skupić, miałem kompletny chaos w głowie, zacząłem panikować. W końcu nazajutrz miał się odbyć najważniejszy dla mnie egzamin związany z moją przyszłością dziennikarską (chyba napiszę książkę "Od Technika Informatyka do Dziennikarza- historia prawdziwa"). Przez ostatnie parę dni studiowałem jeszcze dziesiątki streszczeń lektur, których nie chciało mi się czytać w technikum. W ogóle uważam, że program lektur powinien zostać mocno zreformowany, bo jest przestarzały i dla wielu po prostu nieprzystępny. Nie twierdzę, że trzeba usunąć takie klasyki jak Trylogia Sienkiewicza czy "Pan Tadeusz" czy dzieła Szekspira, ale nie zaszkodziłoby, gdyby np. "Nad Niemnem" czy "Lalka" zniknęły z kanonu. Nie wnoszą one żadnych użytecznych informacji, a dla 99% uczniów są po prostu nudne (najlepiej jest, gdy nauczyciel wypowiada słowa "to jest tak cholernie nudna książka...bla bla... za tydzień zaczynamy omawiać"). Tyle słowem dygresji, a 3 maja to Dzień Paniki.
4 maja- O, cholera..
.. to już dziś! Nerwy nieprawdopodobne, zresztą wszystkim się udziela nerwówka. Palacze zwiększają obroty, liczba paznokci u rąk spada na łeb na szyję, nerwowy śmiech maskuje strach. Ot, 4 maja. I zaczyna się egzamin. Wróć! Najpierw wypełniamy album kolecjonerski. Wielki pasek naklejek ląduje na ławce, naklejam machinalnie, stres robi swoje. Potrzebowałem wtedy jeszcze pieprzonej biurokracji. I zaczyna się. Serce wyrabia rekord prędkości, a ja próbuję zebrać myśli i zacząć wreszcie. Muszę przyznać, że zanim zabrałem się za czytanie tekstu minęło ok. 10-15 minut, podczas których oczy nie dały mi czytać, rozum się wyłączył i działałem jak robot. Po prostu przerzucałem strony. W końcu, jest! Wszystko wróciło do siebie, wiem gdzie i kim jestem oraz po co tu przyszedłem. Tak się zastanawiałem, kto wymyślał takie pytania jak "Wymień funkcję tej pierdółki w tekście..." i doszedłem do wniosku, że kogoś tu poniosło. Tyle. CKE, wykazaliście się, brawo. W wypracowaniu do wyboru "Granica" (kolejne dzieło Szatana) i wiersze. Czyli prosta i szybka egzekucja albo powolne umieranie na raty. No cóż, przynajmniej dłużej pożyję. Na szczęście wiersze wg mojej oceny nie były aż tak trudne do interpretacji. Zobaczymy 30 czerwca.. Koniec, można jechać do domu i czekać na matmę..
5 maja- 5kg lżejszy i matma
Czwartek, jedna matura za pasem, nie może być już gorzej. Na matematykę przyjechałem o wiele spokojniejszy niż poprzedniego dnia i nie miałem w zasadzie obaw, że coś pójdzie nie tak. Nie można wiele napisać o egzaminie, na który przychodzi się ze świadomością częściowej przynajmniej wygranej. I tak mi minęły 2 godziny, gdzie zrobiłem te zadania, które potrafiłem zrobić i poszło to całkiem nieźle. Wynik oscylujący w granicach 60% będzie dobrym wyznacznikiem moich umiejętności, z czego zdawałem sobie w pełni sprawę. Współczucia dla ludzi piszących rozszerzenie, gdyż mieli ledwo 10 minut więcej od nas (podstawa- 170 minut; rozszerzenie- 180 minut. Brawo, CKE).
6 maja- English is easy, hoe!
Chciałbym tu opisać bezdenną przepaść głupoty, w jakiej się nasza droga CKE niewątpliwie znajduje, czyli o egzaminie rozszerzonym z języka angielskiego. Otóż został on podzielony na dwie części. Pierwsza, trwająca 120 minut, sprawdzała nasze umiejętności pisarskie i gramatyczne. Potem nastąpiła przerwa... Na trzeźwo tego nie wymyśliliście, prawda? Przerwa?! Po jaką cholerę?! 30 minut przerwy, jakimi nas uraczono wystarczą, żeby człowieka kompletnie wybić z rytmu i osłabić koncentrację. Dlaczego akurat na angielskim, najprostszym przedmiocie na maturach (opinia potwierdzona przez mnóstwo osób)?! Nigdy tego nie pojmę i współczuję wszystkim, którzy musieli przez to przechodzić. Sam egzamin był w sumie bardzo prosty. Tyle.
Dni poprzedzające ustny egzamin z polskiego to kupa nauki i wkurwienia na okoliczne smarki, które postanowiły urządzić sobie bazę pod moimi oknami, job twoja mać. Do dnia egzaminu zdołałem się nauczyć prezentacji, a w kilku miejscach pozwoliłem sobie na kilka wariantów zdania.
11 maja- Szaaaatan, Szaaatan
No i nastał ten dzień. Wstałem wcześniej, spokojne śniadanko, 3-krotne powtórzenie prezentacji i jazda. Najgorszy moment dopadł mnie trzy kroki przed wejściem do sali, gdy zapomniałem wszystkiego i spanikowałem. W żołądku kamień, gorączka i próba uspokojenia skołatanych nerwów. Udało się dopiero przed samą prezentacją, podczas przygotowania przed komisją. Wziąłem kilka oddechów, spojrzałem przez okno, uśmiechnąłem sie w duchu i zacząłem referować. Gdy już zacząłem mówić, to już poleciało, nic nie było w stanie mnie zatrzymać. Nawet pytania komisji. Udało mi się osiągnąć 100%, co jest chyba niezłym wynikiem.
18 i 19 maja- Welcome again
Mam jedną prośbę do szkół: zatrudniajcie ludzi potrafiących biegle mówić po angielsku. Pani, która mnie egzaminowała, brzmiała jakby na siłę starała się dołożyć jakiś wymyślony na prędce akcent. Zrozumiałbym panią i bez akcentu, nie ma się o co martwić :) Wynik: 95%, nice.
Rozszerzenie to już wojna z nerwami, wygrana w pewnym stopniu. Wynik: 70%, very nice :)
I to w zasadzie wszytko o mojej przygodzie z maturą. Na szczęście nie muszę już jej powtarzać, więc od razu się lżej na sercu robi. Teraz czas na egzamin na technika, który przy odrobinie szczęścia i wiedzy będzie zaliczony. W międzyczasie znajdę pracę i będzie to dobry czas, te wakacje ;) Adieu!
W kąciku muzycznym Guns'n'Roses - Knockin' on the heavens door
Dzisiaj miałem dylemat. Napisać jakiś ambitniejszy tekst i sprawdzić, czy nadal mam coś do powiedzenia czy też może walnąć sobie jakiś fajny, miły i przyjemny tekścik wspomnieniowy. Wybrałem to drugie, ponieważ na filozoficzne rozmyślania przyjdzie jeszcze czas (np. jutro), a poza tym muszę się zastanowić, czy pisząc tekst nie obrażę jakiejś tam głowy czy główki państwa. Cholera dzisiaj wie: dzisiaj tekścik, jutro ABW jak to mawiają mądrzy ludzie.
Wspomnieniowy tekścik dotyczyć ma moich przeżyć związanych z maturą. W większości moich, bo po pierwsze nie umiem czytać ludziom w głowach, a po drugie każdy inaczej przeżywał egzaminy, chociaż wielu z Was znajdzie tu punkt odniesienia do swojej osoby.
Nie będę tu poruszał tematu studniówki, bo kto był ten wie jak było, a kto nie był niech żałuje. Poza tym krótka relacja mojego autorstwa znajduje się gdzieś na www.zse.toya.net.pl. Zaczynamy!
3 maja - huragan
Swoją opowieść zaczynam dzień przed maturą z polskiego, a więc trzeciego maja. Uczucia tragiczne, w zasadzie nie mogłem się na niczym skupić, miałem kompletny chaos w głowie, zacząłem panikować. W końcu nazajutrz miał się odbyć najważniejszy dla mnie egzamin związany z moją przyszłością dziennikarską (chyba napiszę książkę "Od Technika Informatyka do Dziennikarza- historia prawdziwa"). Przez ostatnie parę dni studiowałem jeszcze dziesiątki streszczeń lektur, których nie chciało mi się czytać w technikum. W ogóle uważam, że program lektur powinien zostać mocno zreformowany, bo jest przestarzały i dla wielu po prostu nieprzystępny. Nie twierdzę, że trzeba usunąć takie klasyki jak Trylogia Sienkiewicza czy "Pan Tadeusz" czy dzieła Szekspira, ale nie zaszkodziłoby, gdyby np. "Nad Niemnem" czy "Lalka" zniknęły z kanonu. Nie wnoszą one żadnych użytecznych informacji, a dla 99% uczniów są po prostu nudne (najlepiej jest, gdy nauczyciel wypowiada słowa "to jest tak cholernie nudna książka...bla bla... za tydzień zaczynamy omawiać"). Tyle słowem dygresji, a 3 maja to Dzień Paniki.
4 maja- O, cholera..
.. to już dziś! Nerwy nieprawdopodobne, zresztą wszystkim się udziela nerwówka. Palacze zwiększają obroty, liczba paznokci u rąk spada na łeb na szyję, nerwowy śmiech maskuje strach. Ot, 4 maja. I zaczyna się egzamin. Wróć! Najpierw wypełniamy album kolecjonerski. Wielki pasek naklejek ląduje na ławce, naklejam machinalnie, stres robi swoje. Potrzebowałem wtedy jeszcze pieprzonej biurokracji. I zaczyna się. Serce wyrabia rekord prędkości, a ja próbuję zebrać myśli i zacząć wreszcie. Muszę przyznać, że zanim zabrałem się za czytanie tekstu minęło ok. 10-15 minut, podczas których oczy nie dały mi czytać, rozum się wyłączył i działałem jak robot. Po prostu przerzucałem strony. W końcu, jest! Wszystko wróciło do siebie, wiem gdzie i kim jestem oraz po co tu przyszedłem. Tak się zastanawiałem, kto wymyślał takie pytania jak "Wymień funkcję tej pierdółki w tekście..." i doszedłem do wniosku, że kogoś tu poniosło. Tyle. CKE, wykazaliście się, brawo. W wypracowaniu do wyboru "Granica" (kolejne dzieło Szatana) i wiersze. Czyli prosta i szybka egzekucja albo powolne umieranie na raty. No cóż, przynajmniej dłużej pożyję. Na szczęście wiersze wg mojej oceny nie były aż tak trudne do interpretacji. Zobaczymy 30 czerwca.. Koniec, można jechać do domu i czekać na matmę..
5 maja- 5kg lżejszy i matma
Czwartek, jedna matura za pasem, nie może być już gorzej. Na matematykę przyjechałem o wiele spokojniejszy niż poprzedniego dnia i nie miałem w zasadzie obaw, że coś pójdzie nie tak. Nie można wiele napisać o egzaminie, na który przychodzi się ze świadomością częściowej przynajmniej wygranej. I tak mi minęły 2 godziny, gdzie zrobiłem te zadania, które potrafiłem zrobić i poszło to całkiem nieźle. Wynik oscylujący w granicach 60% będzie dobrym wyznacznikiem moich umiejętności, z czego zdawałem sobie w pełni sprawę. Współczucia dla ludzi piszących rozszerzenie, gdyż mieli ledwo 10 minut więcej od nas (podstawa- 170 minut; rozszerzenie- 180 minut. Brawo, CKE).
6 maja- English is easy, hoe!
Chciałbym tu opisać bezdenną przepaść głupoty, w jakiej się nasza droga CKE niewątpliwie znajduje, czyli o egzaminie rozszerzonym z języka angielskiego. Otóż został on podzielony na dwie części. Pierwsza, trwająca 120 minut, sprawdzała nasze umiejętności pisarskie i gramatyczne. Potem nastąpiła przerwa... Na trzeźwo tego nie wymyśliliście, prawda? Przerwa?! Po jaką cholerę?! 30 minut przerwy, jakimi nas uraczono wystarczą, żeby człowieka kompletnie wybić z rytmu i osłabić koncentrację. Dlaczego akurat na angielskim, najprostszym przedmiocie na maturach (opinia potwierdzona przez mnóstwo osób)?! Nigdy tego nie pojmę i współczuję wszystkim, którzy musieli przez to przechodzić. Sam egzamin był w sumie bardzo prosty. Tyle.
Dni poprzedzające ustny egzamin z polskiego to kupa nauki i wkurwienia na okoliczne smarki, które postanowiły urządzić sobie bazę pod moimi oknami, job twoja mać. Do dnia egzaminu zdołałem się nauczyć prezentacji, a w kilku miejscach pozwoliłem sobie na kilka wariantów zdania.
11 maja- Szaaaatan, Szaaatan
No i nastał ten dzień. Wstałem wcześniej, spokojne śniadanko, 3-krotne powtórzenie prezentacji i jazda. Najgorszy moment dopadł mnie trzy kroki przed wejściem do sali, gdy zapomniałem wszystkiego i spanikowałem. W żołądku kamień, gorączka i próba uspokojenia skołatanych nerwów. Udało się dopiero przed samą prezentacją, podczas przygotowania przed komisją. Wziąłem kilka oddechów, spojrzałem przez okno, uśmiechnąłem sie w duchu i zacząłem referować. Gdy już zacząłem mówić, to już poleciało, nic nie było w stanie mnie zatrzymać. Nawet pytania komisji. Udało mi się osiągnąć 100%, co jest chyba niezłym wynikiem.
18 i 19 maja- Welcome again
Mam jedną prośbę do szkół: zatrudniajcie ludzi potrafiących biegle mówić po angielsku. Pani, która mnie egzaminowała, brzmiała jakby na siłę starała się dołożyć jakiś wymyślony na prędce akcent. Zrozumiałbym panią i bez akcentu, nie ma się o co martwić :) Wynik: 95%, nice.
Rozszerzenie to już wojna z nerwami, wygrana w pewnym stopniu. Wynik: 70%, very nice :)
I to w zasadzie wszytko o mojej przygodzie z maturą. Na szczęście nie muszę już jej powtarzać, więc od razu się lżej na sercu robi. Teraz czas na egzamin na technika, który przy odrobinie szczęścia i wiedzy będzie zaliczony. W międzyczasie znajdę pracę i będzie to dobry czas, te wakacje ;) Adieu!
W kąciku muzycznym Guns'n'Roses - Knockin' on the heavens door
poniedziałek, 23 maja 2011
Mroczny Rycerz - recenzja
Witajcie,
Nieczęsto zdarza się, abym po obejrzanym filmie cieszył się jak dziecko. Takie przypadki to u mnie rzadkość wynikająca z faktu, że jestem dość wybredny, jeśli chodzi o kinematografię. Cieszę się wtedy, że jest tam gdzieś film, dzięki któremu chce mi się robić to, co właśnie teraz czynię. Zapraszam do świata, gdzie zasady nie istnieją. Gdzie liczy się chaos i anarchia. Gdzie trzeba poświęcić wszystko w imię wyższego dobra. Zapraszam do "Mrocznego Rycerza"
Ale od początku: "Mroczny Rycerz" to film powstały w 2008 roku. Wyreżyserował go Christopher Nolan, który ma na swoim koncie tytuły takie jak "Incepcja" czy "Memento". W rolę Batmana wcielił się Christian Bale, Jokera zagrał Heath Ledger (zmarł niedługo po udziale w tym filmie oraz roli w "Parnasussie...", o nim kiedy indziej), a Harvey'a Dent'a zagrał Aaron Eckhart. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Michael Caine jako Alfred, Gary Oldman jako Gordon, Morgan Freeman jako Julius Fox oraz wiele innych znamienitości. Film trwa 152 minuty, zarobił 533 mln dolarów oraz otrzymał dwa Oscary (ścieżka dźwiękowa i nagroda dla Heatha Ledgera). Jest to druga część trylogii o Batmanie (pierwszą był "Batman - Początek", trzecia część pt. "Batman: The Dark Knight Rise" ujrzy światło dzienne w przyszłym roku).
Fabuła
Batman, Gordon i Harvey Dent muszą stawić czoła niepowstrzymanej sile, nieprzerwanemu łańcuchowi anarchii i zniszczenia, Jokerowi. Walka ta doprowadzi wszystkich na skraj wytrzymałości psychicznej, dzięki czemu rozpocznie się nowa rozgrywka przeniesiona na niespotykany dotąd poziom.
W filmie dzieje się mnóstwo, praktycznie nie ma czasu na oddech. Nie wpływa to jednak na przyjemność odkrywania kolejnych wątków fabuły. Bruce Wayne ma dość bycia Batmanem, nie chce, żeby to jego obwiniano za ofiary działalności Jokera (w zasadzie to ten wątek jest motywem przewodnim... co przekłada się na dość standardowe zakończenie filmu o superbohaterze). Harvey Dent przechodzi wewnętrzną przemianę po stracie ukochanej osoby. Gordon musi zrobić wszystko, żeby uratować mieszkańców Gotham i jednocześnie chronić rodzinę. "Mroczny Rycerz" został zrealizowany bardzo solidnie, dzięki czemu widz nie gubi się w zawiłościach scenariusza.
Postacie:
1)Batman/Bruce Wayne
Niektórzy lubią Christiana Bale'a jako Batmana. Niektórzy twierdzą, że sposób w jaki mówi, jest trochę za bardzo na wyrost. Ja jestem gdzieś po środku, ponieważ podoba mi się sposób gry Bale'a, ale sposób mówienia trochę psuje wrażenia wizualne. Ciężko wystawić ocenę komuś, kto z jednej strony stworzył bardzo ciekawą i mroczną postać, a z drugiej przesadził z jednym ważnym detalem. W gruncie rzeczy jednak Batman nie mówi na szczęście tak dużo, żeby to dobre wrażenie zetrzeć, więc solidne 4+ dla Christiana Bale'a
2)Joker
Proszę państwa, o tej roli śmiało można mówić jako o legendarnej, kultowej, jednej z najlepszych w historii kina i zdecydowanie najlepszej w historii filmów z Batmanem. Heath Ledger tym razem popełnił mistrzostwo świata, pod wrażeniem jego występów byłem jeszcze długi czas po zakończeniu seansu. Joker w "Mrocznym Rycerzu" to wariat pochłonięty żądzą destrukcji i siania chaosu. I to jego w zasadzie jedyny motyw, jedyna rzecz pchająca go do działania. Jest przy tym tak maniakalnie perfekcyjny, że do końca filmu odnosi się wrażenie, że jednak mu się uda (np. scena z wysadzeniem szpitala). Dodajmy do tego FENOMENALNĄ grę Ledgera i oto dostajemy idealną mieszankę wybuchową. 5/5, a nawet 6/5 gdybym tylko mógł ;)
3)Cała reszta
Trudno tu opisać każdą z postaci z osobna, gdyż po pierwsze nie chciałem przesadzać z przedstawianiem postaci (co zresztą widać przy dwóch pierwszych pozycjach), a po drugie to i tak niewiele miałbym o nich do napisania. Jest Gordon, szef policji, który ściga Jokera razem z Batmanem. Jest Harvey Dent, którego wątek wprawdzie przeplata się z główną fabułą, jednak standardowy upadek moralny mnie nie poraża. Alfred jak zawsze jest gdzieś z boku, jednak dodaje trochę koloru filmowi swojej nieprzeciętnej inteligencji i poczuciu humoru.
Ogólnie cała drugoplanowa obsada dostaje ode mnie mocne 4. Spełnili swoje zadania, ale czegoś mi brakowało.
Plusy:
-Akcja
Oj dzieje się w "Mrocznym Rycerzu", dzieje. Efektowne pościgi, ciekawe pojedynki, wybuchy i generalnie to, czego po filmach o człowieku-nietoperzu się oczekuje.
-Joker
Więcej chyba nie muszę dodawać :)
-Długość
Bardzo mi się w filmie podoba, że nie jest on specjalnie długi (trwa ok. 2,5 godziny, a to zlatuje naprawdę szybko), a dostajemy sporą dawkę adrenaliny
-Wreszcie pożądny Batman
Moim zdaniem jest to pierwszy film, który dodał Batmanowi aurę mroku, na którą niewątpliwie zasługiwał. Wcześniejsze filmy to takie komediowe filmy akcji, które trochę go osłabiają w moich oczach.
Minusy:
-Zakończenie wszystkich wątków na raz
Jedyne do czego mógłbym się doczepić, to fakt, że ten wątek z Dentem nie został ocalony i przeniesiony na kolejną część przygód człowieka-nietoperza. Harvey ogarnięty szaleństwem mógłby sporo zdziałać, a tak to (spoiler!)zginął w sposób uwłaczający(koniec spoileru).
Podsumowanie:
Świetny film, solidnie zmonotowana dawka chaosu i zniszczenia z uśmiechem na twarzy. Polecam podziwiać kunszt aktorski Heath'a Ledger'a, ponieważ jest to jego przedostatnia rola, za którą zresztą dostał Oscara.
Ogólna ocena: 5/5
W kąciku muzycznym moje nowe odkrycie - Atreyu z kawałkiem Lonely
Nieczęsto zdarza się, abym po obejrzanym filmie cieszył się jak dziecko. Takie przypadki to u mnie rzadkość wynikająca z faktu, że jestem dość wybredny, jeśli chodzi o kinematografię. Cieszę się wtedy, że jest tam gdzieś film, dzięki któremu chce mi się robić to, co właśnie teraz czynię. Zapraszam do świata, gdzie zasady nie istnieją. Gdzie liczy się chaos i anarchia. Gdzie trzeba poświęcić wszystko w imię wyższego dobra. Zapraszam do "Mrocznego Rycerza"
Ale od początku: "Mroczny Rycerz" to film powstały w 2008 roku. Wyreżyserował go Christopher Nolan, który ma na swoim koncie tytuły takie jak "Incepcja" czy "Memento". W rolę Batmana wcielił się Christian Bale, Jokera zagrał Heath Ledger (zmarł niedługo po udziale w tym filmie oraz roli w "Parnasussie...", o nim kiedy indziej), a Harvey'a Dent'a zagrał Aaron Eckhart. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Michael Caine jako Alfred, Gary Oldman jako Gordon, Morgan Freeman jako Julius Fox oraz wiele innych znamienitości. Film trwa 152 minuty, zarobił 533 mln dolarów oraz otrzymał dwa Oscary (ścieżka dźwiękowa i nagroda dla Heatha Ledgera). Jest to druga część trylogii o Batmanie (pierwszą był "Batman - Początek", trzecia część pt. "Batman: The Dark Knight Rise" ujrzy światło dzienne w przyszłym roku).
Fabuła
Batman, Gordon i Harvey Dent muszą stawić czoła niepowstrzymanej sile, nieprzerwanemu łańcuchowi anarchii i zniszczenia, Jokerowi. Walka ta doprowadzi wszystkich na skraj wytrzymałości psychicznej, dzięki czemu rozpocznie się nowa rozgrywka przeniesiona na niespotykany dotąd poziom.
W filmie dzieje się mnóstwo, praktycznie nie ma czasu na oddech. Nie wpływa to jednak na przyjemność odkrywania kolejnych wątków fabuły. Bruce Wayne ma dość bycia Batmanem, nie chce, żeby to jego obwiniano za ofiary działalności Jokera (w zasadzie to ten wątek jest motywem przewodnim... co przekłada się na dość standardowe zakończenie filmu o superbohaterze). Harvey Dent przechodzi wewnętrzną przemianę po stracie ukochanej osoby. Gordon musi zrobić wszystko, żeby uratować mieszkańców Gotham i jednocześnie chronić rodzinę. "Mroczny Rycerz" został zrealizowany bardzo solidnie, dzięki czemu widz nie gubi się w zawiłościach scenariusza.
Postacie:
1)Batman/Bruce Wayne
Niektórzy lubią Christiana Bale'a jako Batmana. Niektórzy twierdzą, że sposób w jaki mówi, jest trochę za bardzo na wyrost. Ja jestem gdzieś po środku, ponieważ podoba mi się sposób gry Bale'a, ale sposób mówienia trochę psuje wrażenia wizualne. Ciężko wystawić ocenę komuś, kto z jednej strony stworzył bardzo ciekawą i mroczną postać, a z drugiej przesadził z jednym ważnym detalem. W gruncie rzeczy jednak Batman nie mówi na szczęście tak dużo, żeby to dobre wrażenie zetrzeć, więc solidne 4+ dla Christiana Bale'a
2)Joker
Proszę państwa, o tej roli śmiało można mówić jako o legendarnej, kultowej, jednej z najlepszych w historii kina i zdecydowanie najlepszej w historii filmów z Batmanem. Heath Ledger tym razem popełnił mistrzostwo świata, pod wrażeniem jego występów byłem jeszcze długi czas po zakończeniu seansu. Joker w "Mrocznym Rycerzu" to wariat pochłonięty żądzą destrukcji i siania chaosu. I to jego w zasadzie jedyny motyw, jedyna rzecz pchająca go do działania. Jest przy tym tak maniakalnie perfekcyjny, że do końca filmu odnosi się wrażenie, że jednak mu się uda (np. scena z wysadzeniem szpitala). Dodajmy do tego FENOMENALNĄ grę Ledgera i oto dostajemy idealną mieszankę wybuchową. 5/5, a nawet 6/5 gdybym tylko mógł ;)
3)Cała reszta
Trudno tu opisać każdą z postaci z osobna, gdyż po pierwsze nie chciałem przesadzać z przedstawianiem postaci (co zresztą widać przy dwóch pierwszych pozycjach), a po drugie to i tak niewiele miałbym o nich do napisania. Jest Gordon, szef policji, który ściga Jokera razem z Batmanem. Jest Harvey Dent, którego wątek wprawdzie przeplata się z główną fabułą, jednak standardowy upadek moralny mnie nie poraża. Alfred jak zawsze jest gdzieś z boku, jednak dodaje trochę koloru filmowi swojej nieprzeciętnej inteligencji i poczuciu humoru.
Ogólnie cała drugoplanowa obsada dostaje ode mnie mocne 4. Spełnili swoje zadania, ale czegoś mi brakowało.
Plusy:
-Akcja
Oj dzieje się w "Mrocznym Rycerzu", dzieje. Efektowne pościgi, ciekawe pojedynki, wybuchy i generalnie to, czego po filmach o człowieku-nietoperzu się oczekuje.
-Joker
Więcej chyba nie muszę dodawać :)
-Długość
Bardzo mi się w filmie podoba, że nie jest on specjalnie długi (trwa ok. 2,5 godziny, a to zlatuje naprawdę szybko), a dostajemy sporą dawkę adrenaliny
-Wreszcie pożądny Batman
Moim zdaniem jest to pierwszy film, który dodał Batmanowi aurę mroku, na którą niewątpliwie zasługiwał. Wcześniejsze filmy to takie komediowe filmy akcji, które trochę go osłabiają w moich oczach.
Minusy:
-Zakończenie wszystkich wątków na raz
Jedyne do czego mógłbym się doczepić, to fakt, że ten wątek z Dentem nie został ocalony i przeniesiony na kolejną część przygód człowieka-nietoperza. Harvey ogarnięty szaleństwem mógłby sporo zdziałać, a tak to (spoiler!)zginął w sposób uwłaczający(koniec spoileru).
Podsumowanie:
Świetny film, solidnie zmonotowana dawka chaosu i zniszczenia z uśmiechem na twarzy. Polecam podziwiać kunszt aktorski Heath'a Ledger'a, ponieważ jest to jego przedostatnia rola, za którą zresztą dostał Oscara.
Ogólna ocena: 5/5
W kąciku muzycznym moje nowe odkrycie - Atreyu z kawałkiem Lonely
Subskrybuj:
Posty (Atom)









